• Wpisów:143
  • Średnio co: 26 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 19:17
  • Licznik odwiedzin:24 274 / 3860 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
A to Vieste nocą, małej spodobała się passeggiata i była aktywna jeszcze po północy.
 

 
Już tu kiedyś byliśmy, tak nam się podobało że chcieliśmy pokazać Poli. Jej też się spodobało :-)
 

 
Karmienie w czasie sjesty, a w tle nasza willa.
 

 
podróżny przewijak, wersja 31
 

 
Sirolo, pod Anconą.
Szaleństwo czerwonym kabrioletem po nadmorskich klifach.
 

 
Via Warszawa, Kielce (pradziadkowa impreza na działce), nocleg w Milówce, Słowacja, Austria, o oto dotarliśmy do Włoch, do Grado.
Polek-stworek wytrzymał drogę dzielnie jak przystało na prawdziwego małego podróżnika. Zaliczyła też swoją trzymiesięcznicę, a z nudów nauczyła się mówić: "ula uuu laaaa laa ulaaa uuu laaa laaau laaauaaa" w różnych ciekawych tonacjach. Dziś się byczymy, a jutro palcem na mapie pokaże gdzie chce pojechać dalej. Mamy nadzieję, że na południe.
  • awatar Krzysiek: Nie jestem pewien czy wożenie dziecka w bagażniku to najlepszy pomysł. Zwłaszcza, że klapa może ją przytrzasnąć w tej pozycji!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Czyli wielki plac budowy rozpoczęty w 1882 i z planowanym ukończeniem około 2030... Gaudi miał łeb, prawie półtora wieku temu wykreślił wszystko na papierze, a odkąd weszły komputery to męczą się z obliczeniami konstrukcji żeby najwyżej potwierdzić papierowe rozpiski. Do tego te szczególiki... Efekt, choć nadal jak mówią w 50% dopiero ukończony, to już jest niesamowity. Zdjęcia nie oddadzą klimatu. A moim zdaniem jak skończą to będzie hit na miarę Taj Mahal.
 

 
Torre Agbar, którą to wieżę nawet lokalni ponoć zwą od penisow lub fallusów - jak nie wierzycie, to pogoogulajcie (-:
 

 
Pierwszy był zwyczaj palenia świeczek "w intencji" i stawiania ich np. w kościółkach czy przy kapliczkach, potem kościelni zaczęli takie świeczki sprzedawać na miejscu, a teraz zobaczyliśmy skarbonkę do której gdy wrzucić pieniążka to zapala się sztuczna diodowa świeczuszka. WOW, to się nazywa postęp cywilizacji \-:
  • awatar Krzysiek: Widziałem takie gdzieś, widziałem. Tylko nie pamiętam gdzie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Długo przed wschodem słońca wystartowaliśmy ze naszego już śnieżnego i mroźnego klimatu. Półprzytomnych Barcelona przywitała widokiem palm, pełnią słońca i skrzekiem papug. Choc przez okno wydawało się że jest znacznie cieplej niż w rzeczywistości. Tym bardziej jednak zdziwił nas widok zapaleńców bawiących się na fali.
 

 
Świąteczną maskotką Barcelony jest Mikołaj... robiący kupkę No cóż, każdy ma swój świąteczny symbol szczęścia i pomyślności.
 

 
Ukradli mi mydlo!
Zapomnialem zabrac spod kempingowego prysznica mydelka i szamponu, a po kilku godzinach juz ich nie bylo. Szampon bym jeszcze zrozumial, ale uzywane mydlo? Ble. No chyba ze sie ktos na mydelniczke polasil.
Tak czy inaczej ladnie to o nas nie swiadczy. A po powrocie z Bornholmu, gdzie rowerek mozna bez zabezpieczen i obwieszony betami zostawic np. pod sklepem, to juz szok. Daleko nam, oj daleko do np. krajow skandynawskich, gdzie i w autkach szyb nie zamykaja, i ponoc drzwi do domow czesto zamkniete sa tylko na klamke.
 

 
Inny stroz wczoraj wieczorem zazyczyl sobie dwoch piw, Tyskich konkretnie, za "pilnowanie" samochodu ktory tydzien stal za plotem obok kempingu.

Przy deptaczku siedzieli goscie wygodnie rozlozeni na laweczce, przed nimi kapelusik na chodniku, i szczera karteczka "zbieram na piwo".

A dzis jeszcze poludnia nie bylo, a juz dwoch osiedlowych zuli jabola obala, na schodkach ledwo 20m od sklepu. Jakem ich widzial to w butelce ledwo na dnie czerwonego plynu ostalo.

Wszystko przeciez normalnie, a jednak razi :>
 

 
Stroz ktory zamiatajac z rana klnie jak szewc bo "zawsze akurat jak jego zmiana to nasypie tych lisci", jakby kiedy indziej nie sypalo. Kurwy zreszta leca z lewa i z prawa, z byle powodu albo bez powodu albo jako przerywnik. I zeby jeszcze po cichu pod nosem to nie! Trzeba to donosnie artykulowac, jakby okolica nie mogla nie uslyszec.

Niby przeciez normalka, nikt sie bardzo nie przejmuje. Ale tak sobie przypomnialem komedie Barei i tamte klimaty, ze sie z naszych czasow moze za kilkadziesiat lat tez zaczna wysmiewac...
 

 
Wrocilismy do kraju. Na kempingu budynki zbite jakby troche krzywo, miejscami przyrdzewiale, gdzieniegdzie brudne, ciemnosc w lazienkach jakby 40W zarowka oszczedzali na pradzie, na szczescie bez grzybka jeno z blotkiem na podlodze (jakos nie zdazylo sie to na wyspie, po prostu kazdy sprzata po sobie w mysl zeby nastepnemu bylo milo). O tego halas - pomijajac ze mamy szczescie do kempingow przy torach kolejowych (za wyjatkiem wyspy, tam nie ma kolei ), to jeszcze autka ktore jezdza jak popadnie (a nie grzecznie i ekonomicznie) dudniac muza zza zimnego lokcia, mnostwo brzdakajacych cymbergajow i innych automatow...
Niby rodzimy klimat, ale jak sie wraca z innego swiata to sie rzuca na oczy
 

 
Kempingi na Borholmie dziela sie na te wg. zachodnioeuropejskiej modly, na zwane wg. naszego przewodnika "tanie kempingi", oraz na dzikie pola oznaczone na trasie, ale juz nie na mapie.

Pierwsze oferuja to co zwykle kemping w krajach m.in. zachodniej europy: duzo miejscowek dla caravanow i przyczep kempingowych (niektorych postawionych na stale i juz zarosnietych krzaczkami), dostep do pradu, czesto wyznaczone dzialeczki pod kazdy namiot, zawsze z dostepem do czysciutkich i wypasnych toalet (z papierkiem, mydelkiem, ciepla woda 24h/dobe, itp) i kuchni (min. palniki, ale tez mikrofala, lodowka, grill, stol do skrobania ryb, zestaw garkow i patelni, itp), swietlicy (stoliki, pilkazyki, telewizor...) czasem pralni, suszarni, placem zabaw, stolikami porozrzucanymi po terenie, wypozyczalniami rowerkow, koncercikiem pod chmurka i innymi atrakcjami.

Zupelne przeciwienstwo takich kempingow, czyli ten rodzaj ktorego nie ma na mapie, to takie gdzie jest znak "tu mozna biwakowac" (w Danii, w przeciwienstwie np. do Norwegii, jest zakas biwakowania na dziko), trawa (fakt, jakby wygolona kosiarka), czasem stol taki jak to na polanach w przymiejskich lasach stawiaja, i czasem wygodka (plastikowa, w odroznieniu od drewnianych slawojek). Jest tez za darmoche. Ale na kilka takich spotkanych na szlaku chyba nie widzielismy zadnego namiotu.

Wczoraj zas trafilismy na jeden z "tanich kempingow": przy gospodarstwie wlasciciel postawil tabliczke "nature-camping", wyznaczyl polanke na ktorej mozna sie rozbic i zapalic ognisko, oraz udostepnil kawalek obory w ktorym zaaranzowal lazienke, dwa kibelki i prysznic. Nawet z ciepla woda, choc zamiast dozownikow na pieniazka jak na kempingach, iscie skandynawskim sposobem: karteczka z tekstem "podgrzanie cieplej wody kosztuje, tu jest skrzyneczka, prosze zostaw nam 2 DK za minute kapieli". Byla tez "swietlica" w postaci stryszku z dwiema starymi kanapami i stolikiem, widok niczym w malutkim poPRLowskim domku kempingowym.
Calosc przypomina takie polskie klimaty, gdy sciana do drzwi niekoniecznie pasuje, a umywalka jest z innej epoki niz zlew obok niej. Mimo to jest porzadek i bardzo czysto.
Oczywiscie cena jest 3-4 razy mniejsza niz na normalnym kempingu.
Co zas do polskosci jeszcze, to na tym niewielkim poletku stalo z osiem namiotow, lacznie ze 20 ludzi, i chyba wszyscy to nasi rodacy - obcego jezyka nie uswiadczysz, jak u siebie. Na dodatek jakesmy tam przyjechali kolo 18, to siedzieli przy ogniu i juz sie wodka lala...
 

 
A trzeciego dnia wyszlo sloneczko...

Jeszcze dzis w poludnie siapilo z nieba, a wczesniej nie bylo dwoch godzin spokoju bez przynajmniej mzawki, mzawki w poziomie, kapusniaczka, drobnego deszczyku, deszczyku zakosem, deszczu czy ulewy. I ciagle chmury. Na szczescie cieplo bylo, tosmy ciagle w klapeczkach, nawet rowerkami pomykali.
A dzis jak wreszcie pogonilo chmurki, to krajobraz zupelnie inaczej wyglada
 

 
Kemping jest super:
Z namiotu mamy widok na morze i skalisty brzeg.
Kuchnia udostepnia nawet piekarnik, lodowke, mikrofale czy zapas kechupu.
A obok kuchni, na otwartym powietrzu, rosnie zielenina w doniczkach, z przyczepiona kartka "zjedz mnie - Twoje ziola".
 

 
Poszlismy spac na kempingu ze szczerym zamiarem wstania o 5 rano zeby zdazyc na prom. Obudzilismy sie duzo wczesniej, bez pomocy budzikow, za to z pomoca deszczu - ten bembnil po namiocie ile wlezie. Przez jakies pol godziny nie moglismy sie zdecydowac: wstac i gnac na mokro, czy miec to w nosie i przeczekac desz w Kolobrzegu. W koncu gdy chyba druga rowerowa ekipa zaczela sie szamotac na zewnatrz, dostalismy motywacji - wywleklismy sie na zewnatrz, i juz w pospiechu, nawet bez mycia, spakowalismy caly raban. Po czym jak nastraszyl nas straznik ze musimy byc 30min przed czasem, tak nadal w pospiechu ruszylismy do portu przez miasto - rowerkami w deszczu, po kaluzach, nawet bez kurtek przeciwdeszczowych (przez chwile jakby mniej siapilo, a czas niby goni).

Widok ktorym nas przywitala przystan ciut nas zaskoczyl - okazalo sie ze to prom osobowo-rowerowy, przy czym ludzie wchodza przez swojego trapa, a rowery bez zadnych sakiew, wjezdzaja na pierwsze pierto po specjalnym pochylym do 60% trapiku. No wiec znowu rozpakowac wszystko! Na dodatek deszczyk zaczal mocniej siapic, a bety mozna wziasc na reke (ale kolejka dluga i sakwy ciezkie) lub postawic w kaluzy, wszystko moknie... a bramkarz jeszcze chce zeby mu wydrukowany bilet pokazac przed wejsciem - zmoknieta kartke A4, dobrze ze na laserze drukowana bo by sciekl z niej kod paskowy.
Po wejsciu kolejna niespodzianka - bagaze wszyscy maja zlozyc w jednej kupie pod sciana, jedne na drugich, mokre czy suche ale ma byc pod sufit. Jak nie to na kupe powrzuca je zaloga.

Zmarznieci, zmoknieci, niewyspani, ale jestesmy na promie. Herbatka na rozgrzewke. I druga, juz ledwo doniesiona, bo zaczelo bujac. I bujalo coraz bardziej. Zdecydowanie mniej niz polowa ludzi z okazji bujania czula sie dobrze - dosc powiedziec ze kazdy spacer po pokladzie odbwal sie rzutami od sciany do sciany, to wiekszosc pasazerow albo sidziala z blada twarza, albo starali sie spac, albo ratowali sie modlitwa na zimnym i wietrznym pokladzie. Ale mimo wszelkich trickow woreczki jednorazowego uzytku byly ciagle w uzyciu.

Po 5h (mialo byc krocej) dotarlismy do ladu, i choroba morska przeszla jak reka odjal. Na szczescie.
Zmeczeni podroza zmontowalismy bety z wowerkami, i po 10km jazdy dotarlismy do kempingu - wysuszyc namiot, zjesc, wykapac sie, i na spokojnie juz spacerkiem zwiedzic miasteczko. W ktorym to, na dobre podsumowanie wrazen, przelatujaca mewa narobila nam centralnie na glowe: zelone, konsystencji kupki niemowlaka, i "tylko" 1m srednicy rozbryzgu.
 

 
Z nieba siapi deszczyk. Krajowa ale waska droga biegnie przez miasteczko, szpalerem drzew ciagnie troszke z gorki. Sznurek autek posuwa sie ta droga bardzo pomalutku, w obydwu kierunkach. Stoja na przemian to tir to kilka osobowek. Poruszac sie mozna tylko skokami zaby - 50m do przodu na pierwszym lub drugim biegu, potem hamowanie i postoj przez kilkanascie sekund. Predkosc w szczytowym momencie nie przekracza pewnie 30km/h. Taki malomiasteczkowy prawie-korek.

Posuwamy sie w ten sposob juz jakies 200m, moze trzeci skok. Powolutku, bo nasze rowery na pace ulozone sa jeden na drugim, oddzielone niby miekka karimata i namiotem, ale to prowizorka i zal by bylo gdyby sie poobijaly czy powykrzywialy im szprychy.
Bezposrednio przed nami jedzie jedno osobowe autko, a przed nim jakis ciut wyzszy samochodzik ktory przyslania widok dalej. A zwlaszcza przyslania dalsze swiatla stopu, wiec koniec zabiego skoku mozna przewidziec najwyzej po ruchu tychtdwoch autkek przedemna - bulka z maslem, zwlaszcza ze ruchy wszystkich sa bardzo spokojne. Za nami posuwa jakies bardzo wysokie autko, w lusterku nie widac co sie dzieje za nim, ale jeszcze w trasie podjezdzal mi blisko ogona i lypal wysoko ustawionymi swiatlami, wiec tymbardziej go obserwuje.

I tak to po jednym z hamowan, takich wlasnie powolnych i spokojnych, widze w lusterku jak wysoki bialy gosc jedzie powolutku za mna, ale nie potrafie wyczuc wzrokiem zeby zwalnial. Moze 1-2 metry za moim tylkiem (w lusterku zawsze wydaje sie blizej ale...) gosciu zakreca ostro na srodek jezdni, jakby chcial mnie wyprzedzic (szybka mysl: wariat? widzi co jest przede mna, nie zmiesci sie!) lub skrecic w nieistniejaca odnoge po drugiej stronie jezdni (szybka mysl: wariat, z naprzeciwka autko za autkiem, nie zdazy i walnie na czolowke). I w tym momencie slychac trzask i szarpniecie do przodu. Szarpniecie niewielkie, ale trzask potezny, bo poza normalnym stluczkowym dzwiekiem odezwaly sie rowery w bagazniku (szybka mysl: fuck, juz nam nasza klapa bagaznika zgniotla rowerki). Ulamek sekundy pozniej - nadal patrzac w lusterko wsteczne - katem oka widze ze gosc wyjechal tym ciezarowym obok mnie az do poziomu kierowcy. Szybka mysl: drzwi nie otworze, wysypujemy sie szybko prawa strona. Po czym druga szybka mysl: nie, stop, czekamy chwilke. I kolejny ulamek sekundy pozniej kolejne LUP. A potem jeszcze trzecie, plus cholerny charkot jakby ktos blache wyrzymal.

Na szczescie nic sie nikomu nie stalo.
Nam poleciala w proch tylna lampa i zebralismy kilka malych zagiec kaloserii. Zderzak nie przyjal wiele uderzenia bo zdezak autka za nami byl na sporo wyzszym poziomie. Szczesciem w lampie nie strzelila zadna zarowka, wiec moglismy jechac dalej, ze 150km do celu.
Kierowaca wielkiego bialego ktory wjechal nam w pupe twierdzil, ze deszczyk zrobil slizgawice i juz z kilkunastu metrow wiedzial ze nie wyrobi. On naderwal tylko swoj zderzak, i z tylu i z przodu. Zdecydowanie najmniej uszkodzony samochod, mozna powiedziec ze drasniety po plastiku. Ale i tak kierowca czas jakis nie chcial odblokowac drogi twierdzac ze nie moze sie z niej ruszyc poki ubezpieczyciel nie przyjedzie. Na szczescie po kilku minutach na telefonie mu przeszlo.
Najgorzej wypadl trzeci samochod: najpierw stuknal swiatlem w rog vana, a potem dobil go centralnie samochoc z tylu, przez co rog vana zeskrobal kawal kaloserii od swiatel po szybe kierowcy i uszkodzil co bylo po drodze, szczesciem poza sama oska i kolem. To byl ich pierwszy dzien urlopu, pod koniec drogi ze Slaska nad morze. A na dodatek w autku byla trojka dzieciakow na pokladzie, ktorym rodzice nie pozwolili wyjsc przez nastepne najmniej poltorej godzinki gdy wszystkich spisywala policja i gdy czekali na lawete.
Czwarte autko po akcji mandatowej wesolo odjechalo z jedynie zgietym zderzakiem przednim.

My jako jedyni zostalismy bez mandatu. I tylko musimy znalezc predziutko lampe, zeby nas nie scigneli za bialego kierunkowskaza i biale swiatlo pozycyjne (w koncu jakies 650km do domu)
 

 
Obydwa te miasteczka zwiedzilismy przedwczoraj.
Obydwa polozone sa na wzniesieniach, maja calkiem spore i bardzo urocze stare miasto.
I obydwa sa dosc mocno nastawione na turystyke - sadzac po ilosci odpowiednich sklepikow i knajpek. Na szczesce w uroku to nie przeszkadza.

Montepulciano slynie z dobrego wina - Vino Nobile.
Poza tym Wlosi potrafili na gorze obrosnietej starozytnym miastem stworzyc jeszcze np. parkingi podziemne, a z tym nasi m.in. w Warszawce maja problemy.

San Gimignano slynie ze sredniowiecznych wierz. Ponoc kiedys mieszkalnych, i ponoc kiedys bylo ich 72. Do teraz przetrwalo ledwie kilkanascie, ale i tak z daleka mozna pomyslec ze to wspolczesne wiezowce.
 

 
Spedzilismy tu wczorajszy wieczor i dzis caly dzien. Urocze miasto, zgodnie z przewodnikiem zachowane jak gdyby nikt nic nowego nie budowal od stuleci, wrazenie i klimat robi niesamowite i bardzo ciezko to opisac, po prostu trzeba zobaczyc, od bruku na uliczkach poczawszy, przez schody, kamienice, lampiony i dachowki po koscioly i katedry, a nawet hale targowa.
Turystow nie za duzo, ale juz strach pomyslec co sie w sierpniu dzieje. Poza tym masa sklepow, lodziarni i pizzerii. Jest w czym wybrzydzac
 

 
Planem na wczoraj bylo zdobycie samochodu.

Wstalismy "rano", po spakowaniu o 10:20 w pelnym rynsztunku lapalismy piewszy autobus do centrum. Ten pierwszy nas jenak olal, po prostu pojechal dalej jakby nikogo na przystanku nie bylo, mimo ze machalismy jak na stopa.
Z kolejnym poszlo juz gladko, pomijajac tlum ktory przeszkadzal naszym rozpastnym plecakom, obylo sie bez problemu, i nawet udalo sie wysiasc przed centralnym przystankiem, tuz przy EuropCarze gdzie wczoraj przez neta zarezerwowalismy autko. Biuro bylo na wpol otwarte - zaluzje podniesione ze widac co jest w srodku, ale drzwi zamkniete z kartka "zaraz wracam". Duzo i dlugo widzielismy takie na permanentnie zamknietych biurach przy lotnisku, ale rozbilismy sie z betami koczujac pod drzwiami. Na szczescie po paru minutach faktycznie przyszla kobitka i wpuscila nas do srodka.
Szybko sie okazalo ze bez credit-card bedzie ciezko, acz juz cos sie dalo zalatwic: 440� za 6 dni plus 900� kaucji. Dziekujemy. Kobitka poradzila tylko biuro ktore moglo nam zarezerwowac autko po fajnej cenie (CTS? cos takiego), przedzwonila nawet zeby dowiedziec sie o aktualny adres i wyslala pol kilometra dalej.
Dowleklismy sie z betami do wskazanego wiezowca, zaczelo padac na dodatek, a na drzwiach szyldu nie widac zadnego, barman ani straznik pierwsze slysza o czyms takim... W koncu zdesperowani i jeszcze zdolowani deszczem lecimy na stacje ciapagow zeby dostac sie do Forli - tutaj gonienie po calym miescie z plecakami moze wykonczyc, a tam wszystkie biura sa obok siebie i pod dachem (nie pada na glowe!)

Pociag przyjechal szybciutko a automat do biletow nie stawial oporu. Na dworcu w Forli szukajac autobusu na lotnisko znalezlismy sie z trojka starszych Wlochow w podobnej sytuacji - tylko ze jeden wydawalo sie robi to czesto, parka nie miala pojecia czym/jak/kiedy, a my na dodatek ledwo rozumielismy ich wloski. Poszlismy jednak jak za stadem - dwukrotnie przechodzac przez srodek ronda, raz zmieniajac linie, obiema nie wiedziec czemy jadac na gape, a raz nawet ladujac na masce skutera przy przebieganiu przez trzypasowke.. na szczescie to spotkanie po krzylach skonczylo sie puszczaniem oczka chlopiec do dziewczynki.

Na lotnisku zestaw otwartych biur zmienil sie tylko nieznacznie, i co istotne obydwa o ktorych slyszelismy ze moga polegac na analogowych pieniazkach byly zamkniete. Na jednym z nich tabliczka "zaraz wracam", a ze wlasnie jakis samolot ladowal (ich uch niewielki) postanowilismy poczekac, moze zaraz ktos otworzy... az mnam sie nie znudzilo. Na drzwiach byly numety telefonow, wiec zaczelismy dzwonic: jeden gosc, troszke lamanym angielskim zwalil na kumpla ktory jest na miejscu, a argument ze nikogo nie ma zbyl wloskim "za 10 minut ktos bedzie". Drugi gosc, po wlosko-angielsku dopytal o jakie autko i na jaki czas chodzi, i zakonczyl tym samym "za 10 minut". Drugi zjawil sie jako pierwszy. I na szczescie wlosko-angielski nie stanowil problemu..

W ten oto sposob po 4h ganiania dostalismy sliczne czarne autko W dodatku pokazalo sie sloneczko i przepedzilo czajace sie od dwoch dni deszczowe chmury, a my ruszylismy kretymi krajobrazowymi drozkami w strone Sieny.