• Wpisów:143
  • Średnio co: 27 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 19:17
  • Licznik odwiedzin:24 568 / 3983 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Wczoraj wieczorkiem przypadkiem natknelismy sie na stado krzesel rozlozonych na glownym placu Rimini. Pozniej, dokladnie o 21, zaczal sie koncercik orkiestry symfonicznej. Z tego co rozumielismy, to najpierw przemowil prezydent miasta, potem zagrali hymn Italii (bo wszyscy wstali, nawet w ogrodkach knajpianych), a potem przerywajac krociutkimi powychwalami wybranych grajkow, brzdakali przez najmniej 2h, od oper i operetek, po muzyke rodem z dzikiego zachodu.
 

 
Pomysl zrodzil sie niemal przypadkiem, patrzac wczoraj na mape.

Dzis rano mielismy poklikac na necie w zwiazku z brakiem autka i najmniej zwrotu kasy, ale "kafejka" przy kempingu sie akurat zepsula. Lapnelismy wiec autobus do miasta i ze kierowca nie mial biletow to na gape przejechalismy dwa przystanki - pierwszy zeby ewakuowac sie z autobusu, drugi gdy sie okazalo ze przednimi drzwiami sie wylacznie wchodzi i nie zdazymy przecisnac sie w tlumie do tylu do drzwi wyjsciowych.
W koncu dotarlismy do centrum. W informacji turystycznej dowiedzielismy sie o wypozyczalniach autek i kafejkach w okolicy, oraz ze dzis jest swieto panstwowe - czyli m.in. wypozyczalnie beda zamkniete. Zalatwilismy wiec kafejke spisujac co sie da o rezerwacji (dwie dotychczasowe proby wyjasnienia sytuacji telefonicznie spelzly na spychologii lub rozkladaniu rak), i dowiadujac sie co to za swieto - bo google ustawil odpowiednio przyzdobione logo na wyszukiwarce. Potem spacerek po Rimini, gelato, espresso, zbijanie bakow w oczekiwaniu na autobus, 30min jazdy w tym 15 pod gorke, i dotarlismy za granice.

San Marino ma 31 tys. mieszkancow i srednice kilkunastu kilometrow, ale tez m.in. rzad, wlasna policje, rejestracje samochodow, znaki, artykuly itp. Az dziwne ze sie patrzy na pol kraju stojac na murze starego miasta wzniesionego na srodku najwyzszej gory w okolicy. I w sumie nie wiadomo nawet ktoredy biegnie granica, choc wiadomo ze w zasiegu wzroku.

Stare miasto jest niesamowite: polozone na 750m npm, obrasta gore domkami, stromymi brukowanymi uliczkami i kamiennymi schodami z jednej strony, z drugiej zionie przepascia, a szczyty obsadzaja stare mury, baszty i wieze. I jest tu cos innego niz w innych wloskich miasteczkach czesto porastajacych lokalne wzniesienia, nie tylko ze wzgledu na wielkosc.
Klimatu nie psuje nawet nadzwyczaj duza ilosc placzacych sie turystow i sklepikow z podrobami perfum, torebek, japonskich mieczy i samurajskich gwiazdek, pistoletow, zabawek i koszulek... a nawet caloroczny sklep bozonarodzeniowy z ruchomymi Swietymi Mikolajami strzegacymi wejscia.
 

 
...czyli maly lod.
Niby juz od dawna znamy ichnie wielkosci "galek" (w rzeczywistosci lopatek), a mimo to zawsze nas milo zaskakuja iloscia.
Te na obrazku sa juz troche wyjedzone, byly ciut wieksze na poczatku
 

 
Samolot w Polsce mial 20min opoznienia z zapowiedzi przez megafon, 35min opoznienia realnego zanim wystartowal, i wreszcie jakies 25min opoznienia przy ladowaniu. Nadrobil, to dobry znak.

Odkad rezerwowalismy autko kilka tygodni temu, martwilo nas czy po przylocie biura odbioru beda jeszcze otwarte - po zadeklarowaniu odbioru po godzinie 22 pokazywal sie komunikat ostrzegawczy zeby sprawdzic godziny otwarcia wybranych biur, ale oczywiscie zadnej ich listy nie bylo, mimo deklarowania miejsca odbioru. Tak wiec czekajac na bagaze odetchnelismy gleboko gdy za drzwiami wyjsciowymi wypatrzylismy okienka z podpisami wypozyczalni autek, za ktorymi widac bylo glowy obslugi.
Odebralismy bagaze z tasmy, zawitalismy do biura, panienka znalazla nasze rezerwacje, zeskanowala ID i licencje, pouczyla, pogadala, po czym poprosila o karte kredytowa pod zastaw. I tylko kredytowa, zadna debetowa czy inna nie wchodzila w gre, zadna gotowka, papiery, poswiadczenia. Ani tlumaczenia ze przy rezerwowaniu nie bylo takiej informacji. Jedyna opcja jaka nam zostawili byl telefon do centrali zeby sie wyklocic o pobrana juz kase. Obled.

Zrobilismy szybki zwiad po najblizszej okolicy (lotnisko wielkosci naszej bylej Etiudy), czyli przystanek autobusowy z kierunkami odjazdow ale bez godzin, postoj dwoch taksowek za 11 euro do dworca kolei i parking na powietrzu. Zadupie i juz ciemno. Z kilkunastu kanciapek roznych wyzyczalni byly tylko trzy czynne, w kazdej wypytalismy o depozyty, i wszystkie chcialy credit card. Dowiedzielismy sie, ze jedna z tych akurat nieczynnych jako depozyt honoruje gotowke (na taka opcje liczylismy), ale drzwi byly zamkniete. Gosc po fachu zaproponowal ze dryndnie do kumpla z tejze kanciapki, i juz pelni nadziei po kilku minutach dowiedzielismy sie ze maja tylko jeden woz, w cenie dwa razy wiekszej niz wczesniej - 400� zamiast 220�, nie liczac juz 300� depozytu (a rok temu pod Rzymem chcieli 100�!).

Po kilku kombinacjach i informacjach od ww. goscia, wsiedlismy w takse na dworzec, ledwo zdazylismy na pociag, cudem zhakowali automat do sprzedarzy biletow i w koncu tylko dlatego ze pociag sie spoznil, niemal w ostatniej chwili wladowali do srodka. Po ponad pol godziny jazdy, juz dobrze po 22, wyladowalismy w Rimini. Na mapie polowy Wloch mielismy zaznaczone dwa kempingi w tym miescie, i cynk byl dobry, tylko po krotkim spacerku "gdzies w strone morza" zrezygnowani zdalismy sie znow na taksowke.

W ten oto sposob jest prawie polnoc i lezymy juz w namiocie, morza nie slychac (ale parasolki widzielismy!) za to przed chwila przetoczyl sie obok jakis pociag... Coz, cieplo, sucho, blogo, nie wybrzydzac tylko spac!
 

 
Wróciliśmy.
Z żółtych krajobrazów do białych.
Z gorąca i sucha do zimna i mokrego.
Zamiast kurzu leży śnieg.
Samochody trzymają się swoich pasów i nie trąbią.
Trzeba zakładać skarpetki i buty.
...

W czasie tych 26 dni gościły nas m.in. (chronologicznie):
Delhi, Fatehpur Sikri, Agra, Gwalior, Orchha, Khajuraho, Varanasi, Kathmandu (i obok Bhaktapur i Passupatinath), Chitwan Park, Pokhara, Poon Hill, Delhi (New Delhi), Jaipur.
 

 
wlasnie pozbylem sie ostatniego poswitu rozowych paznokci na nogach - wygladalo to na niezly fetysz, a to tylko pozostalosc po czerwonym proszku farbujacym z Holi
 

 
obrazek z autostrady
 

 
Sztuka kierowania pojazdem kolowym, od rikszy po ciezarowke, zadziwia nas nawet po tych kilku tygodniach. Strach siadac za kierownice, czasem strach nawet siedziec na przednim siedzeniu.

Po pierwsze: klakson.
Chyba glowna wiadomosc gdy ktos trabi to "uwaga, jade!". Trabi sie wiec m.in. zbierajac sie do wyprzedzania, widzac czlowieka na poboczu, posuwajac sie powolutku za tabunem ludzi, albo w gorach przed wzieciem zakretu zza ktorego nic nie widac.
Przy tym koloryt klaksonow jest olbrzymi, od rikszowych dzwoneczkow poruszanych przez szprychy kola, po melodyjki odgrywane przez ciezarowki i autobusy.

Kierunkowskaz?
Zwykle mobilki je maja. Ale jesli juz o uzywanie chodzi, to czasem mrugaja z tej strony w ktora chca skrecic lub na ktory pas zjechac (na "autostradzie" nawet sie trzymaja pasow, bo w miescie z nimi marnie), czasem mrogaja z przeciwnej strony, ale zdecydowanie najczesciej nie mrogaja w ogole. No bo po co? Skoro mozna...

Rece za okno!
Tez nie zawsze, ale czasem machaja: chcac zakrecic lub z prawej strony 4-pasmowki zjechac w lewo machaja w rodzaju "spokojnie, zwolnij tam z tylu" - dlonia do dolu jakbynia cos ubijal. Czasem machaja ciezarowki czy autobusy zaslaniajace dalsza czesc drogi, zeby powiedziec "wyprzedzaj, z przodu masz czysto" - wtedy dlonia do przodu szerokie rychy w rodzaju "chodz".
Jak ciezarowka chce skrecic w lewo, to macha pomagier kierowcy (kierowca siedzi po prawej, po Anglikach zostal ruch lewostronny).
O ile z autek machaja rzadziej, to rikszarze machaja czesciej - Ci nie maja wyjscia gdy chca np. zawrocic z lewego pasa dwupasmowki.
Nieznacznie machaja tez przechodnie - jak ktos z tylu zatrabi, to zamiast sie ogladac co jest grane lepiej powoli i spokojnie zaczac sie usuwac z ew. drogi, a reka delikatnie robic ruchy w rodzaju "spokojnie, zwolnij tam z tylu".

Lustereczko...
Skoro ludzie sie nie obracaja, to kierowca tez nie chce ani nie musi. Duzo samochodow, zwlaszcza w miastach, jezdzi ze zlozonymi lusterkami. Lub z urwanymi. Sa wtedy wezsze i latwiej sie upchnac na drodze (pasow w miescie nikt nie szanuje), a przeciez jak ktos bedzie z tylu jechal to trabnie. Grunt to zeby nie robic gwaltownych ruchow, jezdzic powoli, i nie puknac nikogo od tylu. Choc zdarzylo sie nam sie kilka razy delikatnie przesunac autkiem Tuk-Tuka zderzak do zderzaka, albo widzielismy jak sie riksza na rikszy zatrzymala, tez nie pedem tylko chyba zeby upchnac korek. Zderzaki maja niemal wszyscy a czesto sa to nawet takie dodatkowe, np. rurkowe zderzaki.
Lusterko do jazdy wstecznej zastepuje pukanie. Nie tylko gdy autobus cofa, rowniez jak np. ludzie obok niego przechodza to klepia po blachac, albo jak ktos chce zejsc z dachu.

Do tego wszystkiego dochodza jeszcze np. swiatla mijania, ktorych przed zmrokiem nie uzywaja poza ew. jazda na czolowke (zdarza sie czesto, a wtedy ciezarowka z naprzeciwka lubi mrognac oczkami), a w nocy uzywaja (acz tez nie zawsze), czasem nawet jadac na dlugich niezaleznie czy jest inne autko naprzeciwko czy nie - tak jakby chcieli cos zobaczyc w swietle reflektorow z naprzeciwka.

Z punktu widzenia pieszego, zwlaszcza Europejczyka, z jazda samochodem scisle wiaze sie przechodzenie na druga strone ulicy. W chaosie ruchu wydaje sie to wrecz niemozliwe. Ale jesli isc powolutku miarowym tempem (zadnych gwaltownych ruchow!), to beda trabic ale powinni ominac. Na pasy dla pieszych nie ma co liczyc.
 

 
Ludzi w Indiach jest zatrzesienie. Rak do pracy nie brakuje. I choc bieda piszczy to na swoj sposob potrafia te rece wykorzystac.

Na stacjach benzynowych o samoobsludze mozna zapomniec. Zwykle przy kazdym dystrybutorze kreci sie od 3 do 5 (pieciu!) gosci. Jeden nalewa, drugi zbiera kase, a co robi reszta tego w sumie nie wiemy. No ale sa, i w mundurkach zeby kazdy wiedzial kto jest z obslugi.

Dzis pilismy lassi (napoj mlekopodobny, czesto z owocem, niepodobne to chyba do niczego co w Polsce mozna uzyskac) w glinianych kubeczkach. Jednorazowych! Ktos je musi robic, bo w knajpce zuzyte kubeczki wyrzucaja. Ale juz plastikowe butelki z checia wykorzystuja ponownie.

Wczoraj widzielismy jak ruchem na wielkim skrzyzowaniu kieruje policja. Bo po filmikach z youtube jak wyglada ruch uliczny (polecam!) trzeba wiedziec ze czasem maja tez swiatla na skrzyzowaniach! Akurat na jakims jednym wielkim sie zepsuly, wiec postawili na srodku ambonke otwarta ze wszystkich stron, na ambonce stal policjant pokazujac z ktorej strony autka moga jechac. A dookola ambonki stalo jeszcze dwoch lub trzech policjantow, w sumie nie wiemy po co.

Podczas calego wyjazdu dwa lub trzy razy zawitalismy w trasie do knajpy dla bialych - tzn. wysokie ceny, biale obrusy, malo ostre i niedobre jedzenie. Niekiedy nawet obsluga nosi mundurki (po ichniemu wytarte i przybrudzone, ale przynajmniej kazdy wyglada podobnie). O ile grupe obsluguje na biezaco 2 gosci, to kolejnych kilku (w porywach do 8) stoi z boku i obserwuje proces jedzenia lub pokrzykuje na kolegow.

W niektorych ubikacjach publicznych stoi w srodku pomagier. Conajmniej wskaze ktora kabinka jest wolna i poda czysty papierek do wytarcia rak. Czasem otworzy i zamknie drzwi, oraz odkreci i zakreci wode w umywalce. A dzis pomagier byl taki, ze pokazywal jak fotokomorka sama spuszcza wode i jak dziala kranik na fotokomorke (fotokomorki widzielismy po raz pierwszy). Az strach ze jeszcze troche i zaczna siusiaka podtrzymywac lub pupke podmywac/podcierac.

O sprzataczach w pociagu juz pisalem - idzie rzadkiem nawet pieciu, pierwszy czasem machnie miotelka lub cos do worka wrzuci, ale kazdy dzierzy swoja miotelke i swojego woraska.

Zaloga autobusu publicznego transportu to najmniej trzech ludzi: kierowca, bileter i trzeci.
Co cieakawe, bileter kase caly czas trzyma w rece (ew. w zebach jesli obie rece ma zajete) i czesto liczy, nie schowa jej nigdzie nawet jak kurs trwa kilka godzin.
Ten trzeci to zartujemy ze jest nawigator (bo lubi siedziec nad glowa kierowcy). Nawet bylo ich dwoch kiedys, niczym w lodzi podwodnej. Ale chyba sluza m.in. jako lusterko biegu wstecznego, bo jak autobus cofa to ktos z tylu wali w kaloserie i poki wali poty kierowca pcha woz do tylu.
A na dworcach albo ten trzeci albo jeszcze jacys przyplatani z zewnatrz pomagierzy, laduja i mocuja bety na dachu.

W Gwalijarze nawet sprawdzanie biletow bylo grupowe: jednemu sie dawalo bilet, drugi przedzieral, trzeci kladl pieczatke z data, a czwarty obserwowal caly proces.

Rowniez ilosc ludnosci w Polsce (40mln?) jest dla nich mocno wyobrazalna - bo maja mniej wiecej tak liczebna armie.

Szczytem bylo, gdy wynajelismy busik zeby pojechac do Dzajpuru. Miejsc autko mialo na styk, moze na tylnej kanapie ktos moglby sie jeszcze zmiescic bo nie bylo wyprofilowanych siedzonek i usiadla tam trojka z nas.
Albo kierowca albo wlasciciel autobusu, strasznie chcial zabrac na poklad jeszcze jednego Hindusa. Nam to oczywiscie nie na reke. Dlugo dyskutowali przez telefon na ten temat (oraz ze mial byc kierowca znajacy angielski, a ten ni w zab!), przy czym komorka wedrowala od reki do reki pomiedzy nasza pilotka a chyba trzema Hindusami. Tak jakby kazdy z nich mial cos innego do powiedzenia.
A ich mocny argument (jeden z wielu?) dla ktorego mielismy zabrac jeszcze jednego Hindusa brzmial: "a kto pojdzie po wode jak kierowcy zachce sie pic?".
 

 
Dzieciaki do szkoly chodza w mundurkach, kazda czy to prywatna czy panstwowa szkola ma swoj kolorowy stroj.
Czasem zdarzy sie zobaczyc autobus podpisany "school" (ale raczej nie zolty). A jak nie autobus, to sa tez inne srodki lokomocji dla dzieciakow - riksze, motoriksze, wozki itp, zawsze obstawione dzieciakami po brzegi. Ostatecznie zas chodza na piechotke, czesto w malych grupkach i za raczki.
  • awatar Gość: wizaz.pl/akcje/vichy/glosowanie.php?id=607994 Kliknij raz dziennie i zagłosuj, proszę :) Możesz również klikać w banerek Vichy umieszczony u mnie na blogu, będę niezmiernie wdzięczna za pomoc :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Hindusi ponoc maja nas - bialych za brudasow. Piszac o przecietnym widzianym przez nas Hindusie (facecie, nie zebraku, nie bogaczu, ani nie Hindusie na wakacjach):

Wyglada na to, ze sami myja sie czesto. Nawet jesli tylko pod pompa na ulicy lub w usyfionym Gangesie. Fakt ze przy tym piora rzadziej a przynajmniej wygladem ich ciuchy pozostawiaja wiele do zyczenia - plamy z kurzu i ziemi, przebarwienia/przepocenia, nawet kupke ptaszka widzielismy na koszulce.
Biedniejsi zabki myja specjalnymi patyczkami - gryzie sie takiego i chyba wloknami ociera o zeby. Bez zadnej pasty, przypadkiem tylko plukajac po tym woda.
Papier toaletowy jest czyms wyjatkowo drogim - na nasze rolka kosztuje 50-70 rupii (okolo 4zl), dla porownania tyle kosztuje kilka litrow butelkowanej wody. Zwykle sie podmywaja - stad poglad ze prawa reka jest "czysta" i sluzy do jedzenia a lewa jest "brudna" i nie nalezy sie nia witac. Potrzeby fizjologiczne zalatwiaja gdzie sie da - czasem sa budki z dziura w podlodze, ale normalne tez jest np. siusianie pod sciana w 1m szerokosci uliczce, kibelek w postaci kilkunastu metrow kwadratowych udeptanych smieci otoczonych z dwoch stron scianami, z trzeciej plotkiem do ogrodka sasiada a z czwartej przeswitem na ulice, wreszcie zalatwianie sie za drzwiami otwartej bramy w srodku miasta czy widok z okna pociagu jak na obrazku.

Bogatsi oczywiscie sa czystsi i nie maja smieciowiska za toalety, ale wnetrz bogatych dzielnic nie odwiedzalismy.

Kobiety tez nie pokazuja sie za czesto - domyslamy sie ze jest ich mniej (kobieta to koszt nie tylko dla meza ale i dla rodziny, nawet kraza plotki o specjalnych aborcjach dziewczynek), oraz ze siedza pochowane pilnujac gospodarstw. Poza sklepikami i straganikami rzadko widac jak pracuja. Jesli jednak nie pracuja, sa zadbane, wymalowane, w bizuterii i w kolorowych sari.

Hindusi na wakacjach to jeszcze inna bajka. Ponoc (i to widac) podrozuja po kraju czesto i calymi rodzinami. A odwiedzajac jakies zabytki ubieraja sie wszyscy bardzo odswietnie i robia sobie z nami zdjecia jako atrakcja turystyczna.

A dlaczego bialas jest brudny? Bo m.in. uzywajac papieru toaletowego zostawia TAM duzo bakterii. Jakby malo tego syfu bylo w powietrzu i na wszystkim czego sie czlowiek dotknie - wystarczy po 2-3h godzinach umyc rece i leci czarna woda. Niezaleznie czy siedzialo sie w knajpie na dachu, w autobusie, jechalo wynajetym samochodem czy spacerowalo ulica.
 

 
Na przykladzie naszego hotelu w Dehli.

Znajduje sie on w dzielnicy turystycznej. Nie nalezy jej mylic z dzielnica dla bialych, przecietny Polak moglby tu nie wytrzynac i uciec, co dopiero ulozony Niemiec czy Japonczyk. To dzielnica w ktorej przede wszystkim jest duzo wiecej hotelikow i guest houseow oraz znacznie wiecej knajpek, wozkow "kuchennych" i innych mozliwosci zjedzenia na miescie.

Wyobrazcie sobie ruchliwa deptako-uliczke szerokosci 4-6 metrow, otoczona 3-5 pietrowymi domami pelnymi kolorowych reklam na wysokosci i otwartymi (bez sciany frontowej) sklepikami na parterze, przypchana takimi j.w. zarciodajnymi wozeczkami, przechodniami, rikszami, motorami, tuk-tukami, spiacymi psami, swietymi krowami, udeptanymi smieciami a czasem nawet jakas organiczna mina. Z takiej uliczki skreca sie w bok w ciemny i szary chodniczek szerokosci metra, gdzie ruchu juz nie ma, ale czasem dzieciaki sie ganiaja, czasem trzeba sie minac z motorem a caly czas uwazac na miny, i gdzie patrzac w gore ledwo mozna dostrzec kawaleczek nieba bo sciany sa wysokie a na nich balkoniki, dobudowki, platanina wszelkiej masci kabli, wentylatory lub klimatyzatory, pourywane okiennice czy deski sterczace z budowy na dachu. Taka wlasnie uliczka trzeba przejsc jakies 40m wglab, zrobic zygzaczka na krzyzowce, dalej kolejne 40m, skrecic w lewo, i oto na scianie otwiera sie oszybiona wneka, schodki, drzwi i calkiem calkiem elewacja. Tym bardziej dziwne wrazenie ze ze wzgledu na szerokosc chodniczka elewacje mozna podziwiac wylacznie z boku. Wchodzi sie przez dzwi i laduje sie w nawet przestronnym holu - jest tu biurko recepcji, kilka kanap, nawet stol bilardowy. Jesli przjdzie sie w nocy, to kanapy sa zajete przez stala (dzienna czy tez calodobowa jak by tego nie nazwal)meska obsluge hotelu ktora na nich spi jak popadnie - oni tak mieszkaja. Kobiet pracujacych w hotelu nie pamietam.

Rezerwacja czasem jest bezcelowa, mozna dzwonic miesiac wczesniej czy dzien wczesniej, a i tak jest duza szansa ze pokoj bedzie albo nieposprzatany albo zajety. Ale gdy juz dostaniemy pokoj i kluczyk do niego warto najpierw zobaczyc jego stan - czy faktycznie posprzatany, czy nie zadymione papierochami (bo ktos z obslugi przed chwila ogladal TV), czy karaluchy lub szczury nie uciekaja przy zapaleniu swiatla, czy na poscieli nie ma syfu (raz znalezlismy wytarta w przescieradlo kupe!), czy woda leci (wazne ze leci, o ciepla mozna sie pozniej dopraszac), czy spluczka i swiatlo dzialaja, itp. Ze wzgledu na dluga pore deszczowa grzyb na scianach to niemal standard. Za to czasem trudno im np. wytlumaczyc, ze posciel po poprzednich gosciach nalezy zmieniac - coz, taka mentalnosc, i nie zapowiada sie zeby w najblizszym czasie coskolwiek sie zmienilo. My kontrolnie caly czas spimy w swoich spiworkach.
Wielkosc pokoiku to np. 4x3m, tylko wysoko w gorach byly klitki. Zwykle na wyposazeniu bylo lozko i wentylator (istnieja pokoje z klima, ale my w takich nie mieszkalismy), czasem krzeslo, jakis mebel, lustro, nawet TV (dzialajacy!). Okno w hotelu w Dehli wychodzi na komin pomiedzy budynkami, taki o rozmiarze max 2x1m, w nim wentylatory, kable, smrod i kawalek nieba na gorze. Okno od strony pokoju jest szczelnie zasloniete kotarka z patyczkow.

Pokoje sa z lazienkami, acz czesto na zyczenie mozna dostac taki bez lazienki. Wewnatrz jest kibelek europejski (dziurki w ziemi po hotelach chyba nie spotkalismy), kranik z umywalka, lusterko, wiadro lub dwa, w scianie kranik i prysznic wystajacy na wysokosci 2m z woda lecaca zywcem na podloge. Zimna woda chyba zawsze byla, dostepnosc cieplej zalezy od hotelu i/lub pradu i/lub pory dnia i/lub naszych prosb, ale raz nawet mielismy wrzatek zarowno z kranika dla cieplej jak i dla zimnej wody.

Zwylke idac schodami na ostatnie pietro mozna tam znalezc taras lub po prostu otwarte "wyjscie" na dach - wyjscie bez drzwi a nawet sciany, schody wychodza na dach, ew. sa przysloniete kolejnym daszkiem, na ktory tez mozna wejsc juz po drabinie lub metalowych schodkach. W Dehli na dachu trwa wieczna budowa (tak, jakby placili mniejsze podatki za niedokonczony budynek?), co nie przeszkodzilo nam w dopiciu tam resztek alkoholu przy swieczkach. W innych hotelikach czesto na samej gorze byla knajpa, stoliki i sznurki na pranie.

No i trzeba pamietac o pradzie: zwykle byl jeden kontakt, rzadziej dwa. Nasza koncowka z dwoma bolcami zwisa ale dziala. Jesli pradu nie ma, to najpierw trzeba poszukac wlaczniczka przy drzwiach wejsciowych od strony korytarza - chyba w ramach oszczednosci obsluga jak nas nie ma notorycznie wylacza caly prad w pokoju, juz sie nauczylismy ze np. bateryjki lepiej ladowac w nocy. Jesli mimo to pradu nie ma to albo nie ma go w calej okolicy, albo generator burczacy na dachu jest podpiety wylacznie pod jedna zarowke per pokoj. W Nepalu pradu nie bylo czesto, w Indiach to rzadkosc ale tez sie zdarzalo.
 

 
Historyjka z Chitwan Parku:

Becac na slonikach w buszu, wyploszylismy z krzakow dwa nosorozce. Juz pomijam jak bardzo na sile "operatorzy sloni" chcieli je wywabic z krzakow na polanke zeby sie biali napatrzyli, w kazdym razie wyploszyli je sloniami, a nosorozce ruszaly sie powolutku dopiero jak slonik podszedl na blizej niz 2-3 metry.
Wyrzucone z krzakow zwierzatka powoli wyszly wiec na lake i zaczely skubac trawke. Jeden z nosorozcow zrobill siusiu, ale wsiaklo w glebe. Po chwili drugi nosorozec zrobil siusiu, ale jego plyny utworzyly posrod bujnych zdziabek trawki cos jak kaluze.
Nasz sloniowy zapedzil slonika gdzies na bok, slonik chyba z ziemi podniosl traba plastikowa butelke i podal swojemu kierowcy. Skad butelka w buszu? A moze nie podniosl jej z ziemi tylko skads wytrzasnal? Nie spodziewalismy sie, nie widzielismy, ale na pewno butelke podal traba.
Po czym potruptalismy troche wokol nosorozcow, niby zeby je pokazac bialasom, a chyba zeby rowniez przesunac je dalej. Jak nosorozce byly juz 10-15m od kaluzy, jeden slonik stanal miedzy siuskami a nosorozcami, a nasz podszedl do siuskow, gosc zeskoczyl z butelka i szmatka, i zaczal zbierac cenny plyn - moczyl szmatke i wyciskal do butelki. Oczywiscie cala reke niemal do lokcia oblal sobie moczem, podobnie butelka obciekala z kazdej strony. Dopiero jak juz nie bardzo szmatka chciala nasiakac zakrecil ponad pol litra bialego (mocz) z lekkim odcieniem brazu (ziemia?) plynu, usadowil sie na sloniku i poszlismy dalej. Rak nawet w trawe nie wytarl.

Dopiero teraz sobie przypomnialem, ze gosc stojac na glowie slonika robil nam potem zdjecie naszym aparatem. Ugh...

Jakis czas pozniej dowiedzielismy sie, ze ponoc mocz nosorozca sluzy czemus w ichniej domowej medycynie. Ale do czego konkretnie nam juz nie powiedzieli.
  • awatar Krzysiek: Po tym wszystkim co tu przeczytałem nie zdziwił bym się, gdyby słoń wyjął tę butelkę z odbytu. Czyjegoś.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Angielski w Indiach jest jednym z jezykow urzedowych. W Nepalu, znacznie bardziej na turystyke nastawionym, choc kilka slow po angielsku zna kazdy kto sie z turystami styka. W obu krajach mozna sie dogadac, ale...
* lepiej nie uzywac trudnych slow, np. zamawiajac czarna herbate ktora domyslnie jest slodka i z mlekiem, lepiej nie mowic "without milk" tylko prosto "tee, no milk, no sugar".
* z czasem oduczylismy sie gramatyki, to jest niestety zarazliwe: np. chyba nie slyszalem od tubylcow poprawnie sformuowanego pytania, zamiast "are you from poland?" mowia "you are from poland?" zostawiajac tylko akcentowanie zdania pytajacego. Czasy leza, koncowki i odmiany leza...
* niekiedy wymowa po prostu powala z nog, np. przewodnik w Gwaliar czesto gubil literke "w" - sprobojcie zrozumiec wypowiedziane "ifes" zamiast "wifes".

Do czesci tych ekscesow juz sie przyzwyczailismy - m.in. nie slucha sie angielskiego tylko proboje odgadnac co rozmowca ma na mysli. Inne jak wlasnie kulawa gramatyka wchodza w krew, az przykro gdy sie pozniej w ten sposob rozmawia z nativami. Trzeba bedzie pojsc na odwyk po powrocie.
  • awatar Gość: bo to hinglish a nie inglish well come!!!
  • awatar Krzysiek: Jeśli chodzi o "no milk, no sugar", to ten zwrot wydaje mi się bardziej poprawny/zgrabny niż "without milk" :) Natomiast podobnie czułem się rozmawiając z Egipcjanami w Dahabie. "He give me something" w odniesieniu do czasu przeszłego i inne w podobnym klimacie; da się przyzwyczaić ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Plan:
Wyjazd o 6am autobusem, po 6h jazdy dotarcie do granicy. Tam troche rikszami a troche na piechote przekroczenie granicy i przesiadka na kolejny autobus do Gorakhpur, gdzie kolo polnocy lapiemy pociag do Dehli - jadacy 16h. Planowo podroz powinna wiec zajac jakies 34h.


Wykonanie:

O 6am stalismy spakowani i gotowi pod hotelem, czekajac na autobus kursowy ktory mial specjalnie po nas przyjechac. Przyjechal pol godziny po czasie, taki jakis niewielki i juz z kilkoma pasazerami na pokladzie. Jak zaczelismy sie do niego pakowac, to wyszlo ze na nasza grupe 13 osob jest jakies 18 wolnych miejsc, z czego 1 obrzygane, 4 przy oknie w ktorym brak szyby (bedzie wiac, a najmniej do 8am bedzie jeszcze chlodnawo), 2 przy wiecznie otwartych drzwiach (tez wieje) i dwa obok kierowcy gdzie tez cos z szyba bylo nie tak. Porzez kolejnych 30min prosb, grozb, kombinowan a nawet telefow (ciekawe do kogo) znalezli kawalki tektory ktorymi probowali zastawic brakujace okno. Na prosbe o tasme klejaca zeby sie to trzymalo przyniesli skads 20cm kawalek zuzytej tasmy przezroczystej i nia probowali przymocowac tekture do zakurzonego autobusu. Oczywista bezskutecznie. W koncu wlozylismy tektury od srodka, podginajac zeby oparcie siedzenia je trzymaly i ruszylismy.
Najpierw na dworzec, zeby kolejnych pasazerow zlapac - gdzie siedzieli to juz nie pamietam, ale zdecydowanie sa mniej wybredni od bialych.
Pierwsze 3h jazdy bylo spokojne, pomijajac straszne bujanie sie autobusu na boki przy kazdym ciasnym zakrecie - a ze caly czas jechalismy w gorach to bujalo czasem i co 20m.
Po tych 3h zrobilismy przerwe na jedzenie, podczas ktorej autobusowa zaloga wymienila kolo. Choc mam wrazenie ze i po tej wymianie bujalo podobnie.
W dalszej trasie zaczelo przybywac pasazerow, ze juz nawet ledwo bylo gdzie stac na korytarzu i chyba ktos musial jechac na dachu. A ze korytarz byl waziutki to mozna bylo z bliska powachac przesiaknietej fajkami koszuli jakiegos goscia, oberwac po glowie torebka lub innym tobolkiem, a nawet dostac na kolana dzieciaka do potrzymania, na dodatek ktoremu sie na wymioty zbieralo.

Dopiero przed 14, czyli po prawie 7h jazdy, skonczyly sie gory i serpentyny Po kolejnej godzince dojechalismy do Belahiya - miasteczka granicznego, ale z dworcem jakies 2-3km od granicy.
Smieszny obrazek: gdy przejezdzalismy obok dworca, na zewnatrz autobusu powstal niemaly charmider. Jak tylko autobus zawrocil zeby wjechac na ten dworzec, zobaczylismy mase ludzi wrecz w amoku biegnacych w nasza strone. Autobus sie zatrzymal, peleton momentalnie dopadl okien, zaczeli cos do nas krzyczec i sie miedzy soba szarpac. Dopiero jak wyszlismy z autobusu, to sie okazalo ze to rikszarze walcza o klienta. Nachalni na maksa, lacznie z wyrywaniem bagazy i pakowaniem ich na swoje wozy. W tym calym chaosie jaki powstal ledwo krzykiem doszlismy do ladu.
Rikszami podjechalismy najpierw do kantoru (ciemne pomieszczenia przy ulicy, jakby jakas nora podejrzanych typow, i jeszcze zadziorne zachowanie goscia), a potem do samej granicy. Papierkowa robota zajela najmniej pol godziny, ale calosc wyglada jakby nikt tych papierkow nie sprawdzal, ruch pod szlabanem nie ustaje ani na chwile.

Tylko z momentem przekroczenia granicy powrocil klimat Indii - syf na ulicy (w Nepalu smieci sprzataja, tu w najlepszym wypadku zgarniaja na pobocze, ale przewaznie wszystko lezy na srodku drogi), wiecej klaksonow, wiecej ciekawskich nosow wtykanych pomiedzy nas... Nepal jest zdecydowanie bardziej proeuropejski jak to ktos powiedzial.

Zjedlismy conieco i wsiedlismy w kolejny autobus. Chyba mniej rozklekotany niz te nepalskie, acz traf chcial ze znowu dostalismy miejsce obok okna bez szyby.
W telewizorze otoczonym wielka kolorowa ramka w kwiatuszki niczym jakis oltarzyk, lecialo lokalne spiewane filmidlo - kicz jakich malo, a i nie znajac Hindii mozna bylo sie domyslic kto komu zrobil dziecko a kto kogo zdradzil Niektorzy hinduscy pasazerowie woleli stac w przejsciu zeby ogladac filma niz siedziec.
Autobus pedzil czasem powyzej 60km/h, po nawykach z Nepalu bylo to nie lada przyspieszenie. Przy dzwiekach filmu i obfitym nawiewie z okna wieczorem dotarlismy do Gorakhpor.

Gorakhpur, znajome klimaty po poprzedniej wizycie: zatloczona rikszami, motorami i autobusami ulica, wzdluz niej wydeptany szuter z na zmiane obszarami smieci i stojaca woda, w tym syfie paletajace sie swiete krowy, myjacy sie pod pompami ludzie, wozeczki z owocami i zaparkowane motory. Dalej wzdluz ulicy rzad budynkow, w wiekszosci chyba hotelowych, w ktorych to budynkach dobudowane daszki nad udeptanym szutrem chronily znajdujace sie pod nimi "restauracje" - w calym tym brudzie i syfie, pod pojedynczymi zarowkami i czasem wentylatorem, rozlozone byly losowo to stoly to kuchnie. Przy czym kuchnia to palenisko i kilka garkow, i widac zarowno jak sie co gotuje, jak i potrafia odzyskac ugotowany ryz ktory rozsypal sie po stole. Garki myja w samej zimnej wodzie pod pompami, tam gdzie sie krowy pasa smieciami i gdzie inni urzadzaja toaletke. Pozniej miejscowi w tym calym klimacie ulicy podpalili kilka kupek ze smieciami, nie wiedziec czy patrzyli przy tym z ciekawosci w ogien czy sie tylko grzali, ale jedna z krow obok wyraznie grzala swoj boczek.
W jednej z takich knajpek przesiedzielismy kilka godzin, jedzac glownie sam ryz lub gotowane jajka (dlugo trzeba sie bylo domagac zeby przyniesli je w skorupkach a nie obrane i przepolowione) i zapijajac cola.
Po jakims czasie wysiadl prad i mimo burczenia generatorow zrobilo sie ciemniej. Za to palace sie na ulicy smieci dodawaly klimatu.

Na dworzec byl rzut beretem, pociag sie nie spoznil, obeszlo sie tez bez gapiow na peronie. Za to przy wejsciu na dworzec, zywcem na ulicy masa ludzi spala pokotem. Masa, czyli boczek przy boczku na powierzchni pewno boiska pilkarskiego. Ponoc jeden pociag o planowym wyjezdzie o 19 mial juz jakies 8h opoznienia, to mogli byc oczekujacy.
Podroz pociagiem byla juz sama radoscia - troszke wypilismy, pospalismy do poludnia, poczytalismy gazet, wynudzili sie. Juz nas nie dziwili chodzacy goscie z niby WARSa kazdy wykrzykujacy tak jak u nas "piwo! zimne piwo!" jakies swoje "bula bula bula!" albo "gubu gubu gubu!" albo "czaj czaj czaj!" (to ostatnie oznacza ze idzie gosc z herbatka). Zdazylo sie tez kilku zebrakow, ekipa sprzatajaca (u nas zwykle jedna pani, tutaj rzadkiem pieciu chlopa z workami i miotelkami), ochrona (kilku gosci w mundurkach z sztucerami rodem z II wojny swiatowej lub po prostu z bambusowymi palkami), oraz dwoch (dwie?) Hajria - glosnych, wesolych i zaczepnych facetow (ponoc eunuchow) przebranych po indyjsku za kobiety (sari, bransolety, kolczyki, makijarz, itp).
I, o dziwo, dojechalismy o czasie.
 

 
Zwykly tzw. szary papier w ichnie znaczki i czasem z obrazkami, moze sluzyc:
- do czytania,
- do sprzedania,
- jako podporka pod krzywe nogi stolu,
- do blokady wiecznie suwajacegoie okna w autobusie,
- do zawiniecia butelki z piwem w knajpie bez koncesji na alkohol,
- jako tapeta na sciane lub nawet fragment/latka sciany,
- jako pokarm dla swietej krowy (jedza smieci, w tym pudelka i gazety),
- jako opakowanie zarcia na wynos z przydroznej knajpki,
- tudziez jako talerz,
- jako wycieraczka do szyb (gosc nachlapal woda i wycieral brudna szybe autobusu wlasnie gazeta),

Gazeta NIE sluzy tutaj jako:
- zamiennik papieru toaletowego (o tym napisze pozniej),
- zamiennik chusteczki do smarkania (bo smarkaja w palce, lub chrzakaja i pluja na ulice/przez okno).