• Wpisów: 143
  • Średnio co: 27 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 19:17
  • Licznik odwiedzin: 24 566 / 3984 dni
 
adas
 
Pobilismy osobisty rekord czasu pakowania: upychanie smiecia do toreb i plecakow, oraz toreb i plecakow do samochodu, zaczelismy o godzinie 18 a skonczylismy o 23... nastepnego dnia. Ale dalismy rade. Oczywiscie "jak zwykle" zapomnielismy jakiegoś drobiazgu, ale tym razem nic nawet nie przeczuwajac ruszylismy w nocna droge. Zapomniany "drobiazg" odkrylismy pozniej.

Pola obudzila sie na chwilke podczas tankowania i jakby nigdy nic kolo 3am pochasala chwilke i porysowala kredkami na stacji benzynowej. Na szczęście pół godziny jej wystarczyło i kolejny kawał drogi zrobiliśmy na śpiocha. Jak się już obudziła, to ze wzlędu na ostatnie ekscesy i strach przed myciem fotelika w trasie, robilismy odcinki ledwo po godzinie, po ktorej wpadalismy gdziekolwiek na przerwe - stacja benzynowa, parking, knajpa. Szczesciem zeszlo sie tak, ze gdy wreszcie Pola zasnela na poludniowa drzemke to zaczelo lac.

I tak w Polsce ostatnie 2-3 dni rozpieszczaly slonkiem i ciepłem, wiec spodziewalismy sie wrecz upałów. Nocka w podrozy byla przyjemna i "letnia", tym większe było zaskoczenie gdy kolo południa przywitala nas wielka ulewa. Jakby na złość dokladnie na granicy Wloch. W strugach deszczu i wiatru - bujalo autkiem, zwlaszcza na wiaduktach - zjechalismy z Alp i w zasadzie na mokro dojechaliśmy do Montaneva.

Pierwotnie chcielismy dojechać rankiem pod Innsbruck gdzie wypatrzyliśmy zapasowy kemping nad jeziorem w górach, a na drzemke Polka przetransportować się nad jezioro Garda. Jednak z powodu niedoczasu i jazdy na raty drzemka szcześliwie wypadla przed Innsbruckiem - szczęśliwie bo zaraz potem zaczeło padać i robiebnie przerw na wybieg byłoby większym problemem. Szczęśliwie równieź dlatego, że się przestraszylśmy rozbijania namiotu w deszczu i korzystajac z drzemki pomkneliśmy dalej na południe, licząc że gdzieś tam nie pada. I prawie się udało - zamiast ulewy tylko siąpało z nieba, a nawet przestało wieczorem.

Jeszcze nie skończyło siąpać gdy się okazało że kemping oznaczony na mapie to samoobsługowy postój dla samochodów kempingowych, z zastrzeżeniem że rozbijać się nie można. Najbliższy kemping wg mapy jest prawie 30km dalej - ale nie chcieliśmy już męczyć Polka która się obudziła i wyraźnie (i głośno) dawała znać że ma dość samochodu.

Poszliśmy więc zwiedzać miasteczko. Liczyliśmy na znalezienie informacji o kempingu lub hostelach, ale informacja turystyczna okazała się zamknięta - to dopiero wczesny wieczór, czyżby więc z powodu niedzieli? Zadzwoniliśmy do hostelu znalezionego w przewodniku - ale miejsc nie mieli, kempingu nie znali, dali tylko numer do B&B który okazał się nieaktualny. Przypadkowo napotkany hotel zażądał sobie 80€ za nockę, więc bez przesady. Zaczepiliśmy jeszcze napotkanych carabinierów, ci o kempingu nie wiedzieli, nawet gość gdzieś dzwonił żeby się upewnić, natomiast potwierdzili nasz pomysł że możemy spać w "dużym" samochodzie obok kamperów - tam przynajmniej dają zaplecze sanitarne.

Sanitariaty okazały się jakby w budowie - wieczorkiem tylko jeden klopik czynny (a z 7 kamperów stało), umywalki bez lusterek (nie wspominając o mydle), ale przynajmniej będziemy się mogli wykąpać po podróży. Przemeblowaliśmy bety w autku, rozłożyliśmy siedzenia i została nam do spania płaska powierzchnia około 80x160cm. Na nasze 2,5 osoby. Cóż, było ciut klaustrofobicznie, ciut się pognietliśmy, ciut się podkisiliśmy w zaparowanym samochodzie, leżakując w dziwnie poskręcanych pozycjach, z Polkiem czasem na głowie... mimo wszystko wyspaliśmy się, pewnie ze zmęczenia po średnio przespanej nocy.

Odkryliśmy też jakiego to "drobiazgu" zapomnieliśmy zapakować: o ile wzięliśmy zapasowy grubszy śpiwór, o tyle zapomnieliśmy Poli śpiworka! Szczęście w nieszczęściu zapowiadają ciepłe noce...

Nie możesz dodać komentarza.