• Wpisów:143
  • Średnio co: 25 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 19:17
  • Licznik odwiedzin:23 794 / 3646 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Przez Włochy, po nocy, jechaliśmy przez trzy burze, trochę wielkiego deszczu a jeszcze więcej błyskawic.

Po przekroczeniu granicy pierwsze kroki kierujemy na Lazurowe Wybrzeże - chcemy trochę odpocząć, a Pola ulepi sobie masę babek z piasku.

W drodze do Èze musieliśmy się przebić przez centrum Nicei i to było wrażenie samo w sobie - ciasne uliczki, każdy jeździ jak chce, dla lokalnych bezstresowo (np. wielki korek bo pan wypakowywał pralkę i gawędził z panią, luz), dla nas chaos organizacyjny. Bardzo długo i nerwowo szukaliśmy miejsc do zaparkowania, bo większość parkingów na wjeździe ma bramki ograniczające do 2m wysokości, a my mamy rowery na dachu.

Samo Èze, do którego rano dotarliśmy to zawieszona na półce skalnej urocza, średniowieczna miejscowość. Wąskimi uliczkami weszliśmy na szczyt wzgórza do ogrodu egzotycznego, który otaczają resztki ruin zamku. Ze szczytu podziwiamy piękny widok na Lazurowe Wybrzeże i w skwarze i spiekocie słońca pałaszujemy tonę soczystych owoców.
Poszwędaliśmy się kilka godzin i ruszyliśmy dalej.

Początkowo autostradą, potem zakorkowanymi, nadmorskimi ulicami (ostatnia niedziela wakacji) dotarlismy na kamping w Cavalaire sur Mer i to na minutę przezd zamknieciem recepcji. Siły starczyło nam juz tylko na rozbicie namiotu i obadek, a Pola koniecznie chiała jeszcze na basen. Na szczęście basen był już zamknięty, w zamian był fajny koncert.

A następny dzień to już totalne lenistwo: basen, pranie, plaża, zakupy, książka, odwiedziny w miasteczku i wieczorem przypadkowy koncert w marinie.
 

 
Rano budzi nas deszcz stukający po namiocie. Marna wizja pakowania, ale zmuszamy się do pośpiechu akurat gdy przestaje siąpić. Pola wymyśliła sobie makaron na śniadanie więc jeszcze gotujemy go z rana pomiędzy myciem a przepakowywaniem z sakw rowerowych do toreb w bagazniku. Jedziemy w stronę Francji!

Plan był dojechać nad Gardę. Ale naszło nas na sprawdzenie pogody w internecie i w całym pasie pod Alpami zapowiadali na noc lub ranek opady. Wiec plan zmieniliśmy na wylosowany kemping az pod Bolonią. A po drodze na przerwę po drzemce upolowaliśmy na mapie zamek w Austrii. Tylko że na miejscu okazał się zamko-hotelem konferencyjnym, a że jeszcze zaczęło popadywać z nieba to przypadkiem trafilismy do Millstadt! (kilka lat temu byliśmy tam na nartach i bardzo nas wtedy ciekawiło jak to miasteczko w lecie wygląda)

Na dodatek trwał festyn jakiś - piwo leje się kuflami, z jednej strony grają kapele, z drugiej człowiek orkiestra, kilka straganów, karuzel jak w wesołym miasteczku, gość opowiada dzieciom bajki (po niemiecku, ble), no i najwazniejsze: placyk zabaw w tym samym parku.

Jednocześnie widząc tempo i odległość zmieniliśmy plan żeby jechać nocą bezpośrednio do Francji. Na festynie i placyku, mimo że bokiem czuliśmy przechodzacą burzę, przesiedzieliśmy do 21:30. A potem w drogę i już prawie ciurkiem do kraju żabojadów...
 

 
Rozdzielamy sie: jade pociagiem do Passau a dziewczyny zostaja w Melk i zwiedzaja zamek.

Zamek w Melk jest olbrzymi, i na pewno warty zobaczenia. Wprawdzie Poli najbardziej podobała się fontanna z rybkami na dziedzińcu a przez sale wystawowe przeleciała "nie chcę tu być", ale np. biblioteka robi niesamowite wrażenie.

Po sprowadzeniu autka na kemping mieliśmy jeszcze trochę czasu po 15. Więc szybciutko obiad i wskoczyliśmy na rowery - jakies 12km w dół rzeki są upatrzone ruiny zamku w Aggstein. Już z drogi, gdy wreszcie widać ruiny, wygladają one niesamowicie, ale podjazd pod górę wystajacą nad Dunajem choć pokryty lasem to w wyobrażeniach rysuje się strasznie ciężki. I rzeczywiście: próbujemy jazdy rowerami, ale ani z przyczepka, ani pustym rowerem, ani trawersujac drogę - w każdy sposób jest to mordęga. Probujemy nawet pchać rowery - o ile pusty dałoby rade o tyle z wózkiem ledwo to idzie. Droga ma ostrzeżenie 20% pochyłości i zakaz wjazdu motorów. W końcu rowery zostawiamy po drodze i dalej idziemy pieszo, z obudzona Pola w nosidle. Wg GPS różnica poziomów wyszła ledwo 300m.

Warto było się trudzić - niby ruiny, ale świetnie zachowane, w tym kilka pomieszczeń/budynków działających jako knajpa, kuchnia, sala bankietowa do wynajęcia, kibelki, nawet kaplica na poddaszu w której puścili klasztorne śpiewy, co tylko wzmacnia wrażenie jak tu kiedyś wyglądało życie. No i oczywiście super widoki z murów i baszt na dolinę Dunaju.
  • awatar Ryszard Jabłoński: Nawet kamienie mówić będą o wierze tych, którzy je układali z wewnętrznego przekonania.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W Melk zmieniliśmy plan: rano pojadę po autko do Passau a dziewczyny zostaną zwiedzić miasto, pałac i (ponoć) duże ogrody. A popołudniu ruszymy rowerkami zobaczyć ruiny i winnice w dół Dunaju, już bez sakw.

Wg rozkładów z Melk do Passau jest tylko jeden pociąg bezpośredni, kilka z jedną przesiadką i więcej z dwoma przesiadkami. Ten jeden bezpośredni okazał się pociągiem zwanym "RadExpress Donau". Przeznaczony dla wycieczek rowerowych wracających w górę rzeki, jeżdżący tylko od maja do października. Początkowo nawet o tym nie wiedziliśmy, okazało się dopiero na peronie. Oraz to, że:

Jest jeden wagon pierwszej klasy, jeden wagon drugiej klasy, jeden wagon restauracyjny i trzy wagony rowerowe. Kto by o tym pomyślał w PKP, hmm?

Pociąg wjechał na peron punktualnie, ale odjechał z 10 minutowym opóźnieniem - tyle trwało zapakowanie wszystkich rowerów! (a to środkowa stacja pociągu). Opóźnienie nadrobiliśmy po godzince... kto by pomyślał w PKP, hmm?

Z praktycznych informacji:

- cena biletu, z Melk do Passau: 37 euro od głowy, rower 5 euro za bilet dniowy.
- bilety można oczywiście kupić u konduktora.
- rowery mają miejsca wiszące, za przednie koło.
- sakwy trzeba zdjąć już na peronie (kilku maruderów tego nie zrobiło, ale pociąg na nich poczekał)
- ktoś jechał z wózkiem rowerowym dla dzieci wypchanym betami - ale w zamęcie nie zauważyłem jak go wpakowali.
 

 
W czasie jazdy Radio Pola nadaje na każdej częstotliwości. W ramówce: czytanie na głos, historie niesamowite i lista przebojów.

W kolejnych dniach robiliśmy już 57km, 59km i 50km - wykorzystując drzemkę Poli na jazdę, a zwykle po drzemce udawało się upolować jakiś miły placyk zabaw na których Pola mogła się wybiegać.

Place zabaw są tu super: zadbane, różnorodne, zwykle na trawce pośród drzew, czasem przy stawku, czasem wymyślne jak np. pompa do wody ustawiona na górce nad piaskownicą żeby można się w rzekę bawić.

Staraliśmy się zatrzymywać na kempingach z dala od miasta, ale raz nam bardzo nie wyszło i w Grain nocowaliśmy z ulicznym hałasem nad głową. Poza tym kempingi są ustawione pod rowerzystów - niewielkie, niekoniecznie z dojazdem dla samochodów, jednodniowe, małe poletka pośrodku niczego.
 

 
Dunaj chyba często wylewa, na wielu budynkach widać oznaczenia dokąd sięgała woda.

Oznaczenia mają często daty sprzed wieku, a nawet z XVI wieku.

Na jednej z bram w wałach widzieliśmy, że w 2002 roku zabrakło 10cm do przekroczenia wałów.

Ostatnia powódź, raptem 2-3 miesiące temu - w czerwcu 2013, niemal zupełnie została już posprzątana. W Polsce w okolicach Sandomierza kilka miesięcy po powodzi było widać wietrzone domy, wodę na polach i strażackie pompy. Tutaj w dwa miesiące po zalaniu wietrzą tylko nieliczne piwnice, tylko raz widzieliśmy naprawiany wał (a już naprawionych kilka), gdzieś zerwany czy zapaskudzony bruk, na jednym kempingu trawa z mułem... poza tym, choć od śladów się roi, to gdyby ktoś nie wiedział że była powódź mógłby nie skojarzyć.

Największe wrażenie zrobił las - kilka kilometrów drzew i krzaczków utopionych w półtorametrowej warstwie mułu i gliny. Niektórym krzaczkom wystaje tylko kilka gałązek z liściami. W niektórych miejscach ludzie starają się buldożerami wywozić ten muł, ale wygląda to na bezsensowną robotę.
 

 
Plan jest mniej więcej taki, że na rowerach spędzimy 5-6 dni. Do Wiednia jest jakies 320 km ale chcemy zakończyć chwilke przed nim - Wiedeń będziemy zwiedzać innym razem, teraz szkoda nam czasu (w perspektywie Francja czeka). Trasa podobno łatwa, wzdłuż rzeki, ale z Polą więcej niz 40-50 km dziennie raczej się nie da. Zwłaszcza że przyczepka z Polą i pakunami spowalnia niczym przyczepa kempingowa dla samochodu. No i po drodze jest trochę do pozwiedzania.

Rano do godziny prawie 11 przepakowywaliśmy się na rowery. Samochód zostawiliśmy na parkingu niedaleko kempingu i wyruszyliśmy w strone Wiednia. Przez jakies 15 km szlak rowerowy idzie wzdłuż drogi, ale potem już z dala od niej. Pola przesypia 2.5h, my w tym czasie pedałujemy więc nawet nie zdążyła sie znudzić jazdą. Po przejechaniu 45 km zatrzymujemy się w Inzell. Wcześniej ku uciesze Poli przeprawiamy się promem na druga stronę rzeki. Niestety pod koniec jazdy zaczyna mocno padać i tak z przerwami pada już do wieczora.


Na kampingu poznajemy dziewczynę z Polski która pracuje w pensjonacie przy kempingu. Zrobiliśmy niezłe wrażenia na właścicielce - przyleciała do nas z propozycją rabatu na pokój, bo "szkoda jej dziecka" - jak to namiot w taki deszcz? Z propozycji skorzystaliśmy, pisząc ten tekst pławimy sie w luksusach - światło, woda, łóżko, pościel... Ale już do baru na dół nie mamy siły zejść i herbatę gotujemy w pokoju na kuchence turystycznej
 

 
Wyjechaliśmy z Warszawy o północy. Miało być trochę wcześniej, ale okazało się że na gwałt potrzebujemy sakw rowerowych. Długa historia, z happy endem na szczęście. Uratowała nas Gosia pożyczając swoich. Żeby było śmieszniej Gosię łapaliśmy z lotniska, bo wracała z Mediolanu o 23 - pędem do niej do domu no i w końcu w drogę. Utrzymanie Poli bez spania do północy było niezłym wycznem, ale za to zasnęła w jakieś 3 sekundy po przypięciu do fotelika.

Z przerwami na śniadanko, place zabaw i wybieganie dotarlismy do Passau o 14 w niedzielę. Zatrzymaliśmy sie na bardzo przyjemnym kempingu nad rzeczką, rozbiliśmy się ku uciesze Poli i pozwiedzaliśmy miasto na rowerkach. Passau nie bez powodu jest nazywany "bawarską Wenecją". Ale nocna podróż i później rowerki sprawiły, że bardzo wczesnym wieczorkiem zgodnie padliśmy spać.
 

 
Następnego dnia wieczorem Pola na pytanie "będziesz spać w namiocie?" odpowiada "nie! w samochodzie!".
 

 
Pobilismy osobisty rekord czasu pakowania: upychanie smiecia do toreb i plecakow, oraz toreb i plecakow do samochodu, zaczelismy o godzinie 18 a skonczylismy o 23... nastepnego dnia. Ale dalismy rade. Oczywiscie "jak zwykle" zapomnielismy jakiegoś drobiazgu, ale tym razem nic nawet nie przeczuwajac ruszylismy w nocna droge. Zapomniany "drobiazg" odkrylismy pozniej.

Pola obudzila sie na chwilke podczas tankowania i jakby nigdy nic kolo 3am pochasala chwilke i porysowala kredkami na stacji benzynowej. Na szczęście pół godziny jej wystarczyło i kolejny kawał drogi zrobiliśmy na śpiocha. Jak się już obudziła, to ze wzlędu na ostatnie ekscesy i strach przed myciem fotelika w trasie, robilismy odcinki ledwo po godzinie, po ktorej wpadalismy gdziekolwiek na przerwe - stacja benzynowa, parking, knajpa. Szczesciem zeszlo sie tak, ze gdy wreszcie Pola zasnela na poludniowa drzemke to zaczelo lac.

I tak w Polsce ostatnie 2-3 dni rozpieszczaly slonkiem i ciepłem, wiec spodziewalismy sie wrecz upałów. Nocka w podrozy byla przyjemna i "letnia", tym większe było zaskoczenie gdy kolo południa przywitala nas wielka ulewa. Jakby na złość dokladnie na granicy Wloch. W strugach deszczu i wiatru - bujalo autkiem, zwlaszcza na wiaduktach - zjechalismy z Alp i w zasadzie na mokro dojechaliśmy do Montaneva.

Pierwotnie chcielismy dojechać rankiem pod Innsbruck gdzie wypatrzyliśmy zapasowy kemping nad jeziorem w górach, a na drzemke Polka przetransportować się nad jezioro Garda. Jednak z powodu niedoczasu i jazdy na raty drzemka szcześliwie wypadla przed Innsbruckiem - szczęśliwie bo zaraz potem zaczeło padać i robiebnie przerw na wybieg byłoby większym problemem. Szczęśliwie równieź dlatego, że się przestraszylśmy rozbijania namiotu w deszczu i korzystajac z drzemki pomkneliśmy dalej na południe, licząc że gdzieś tam nie pada. I prawie się udało - zamiast ulewy tylko siąpało z nieba, a nawet przestało wieczorem.

Jeszcze nie skończyło siąpać gdy się okazało że kemping oznaczony na mapie to samoobsługowy postój dla samochodów kempingowych, z zastrzeżeniem że rozbijać się nie można. Najbliższy kemping wg mapy jest prawie 30km dalej - ale nie chcieliśmy już męczyć Polka która się obudziła i wyraźnie (i głośno) dawała znać że ma dość samochodu.

Poszliśmy więc zwiedzać miasteczko. Liczyliśmy na znalezienie informacji o kempingu lub hostelach, ale informacja turystyczna okazała się zamknięta - to dopiero wczesny wieczór, czyżby więc z powodu niedzieli? Zadzwoniliśmy do hostelu znalezionego w przewodniku - ale miejsc nie mieli, kempingu nie znali, dali tylko numer do B&B który okazał się nieaktualny. Przypadkowo napotkany hotel zażądał sobie 80€ za nockę, więc bez przesady. Zaczepiliśmy jeszcze napotkanych carabinierów, ci o kempingu nie wiedzieli, nawet gość gdzieś dzwonił żeby się upewnić, natomiast potwierdzili nasz pomysł że możemy spać w "dużym" samochodzie obok kamperów - tam przynajmniej dają zaplecze sanitarne.

Sanitariaty okazały się jakby w budowie - wieczorkiem tylko jeden klopik czynny (a z 7 kamperów stało), umywalki bez lusterek (nie wspominając o mydle), ale przynajmniej będziemy się mogli wykąpać po podróży. Przemeblowaliśmy bety w autku, rozłożyliśmy siedzenia i została nam do spania płaska powierzchnia około 80x160cm. Na nasze 2,5 osoby. Cóż, było ciut klaustrofobicznie, ciut się pognietliśmy, ciut się podkisiliśmy w zaparowanym samochodzie, leżakując w dziwnie poskręcanych pozycjach, z Polkiem czasem na głowie... mimo wszystko wyspaliśmy się, pewnie ze zmęczenia po średnio przespanej nocy.

Odkryliśmy też jakiego to "drobiazgu" zapomnieliśmy zapakować: o ile wzięliśmy zapasowy grubszy śpiwór, o tyle zapomnieliśmy Poli śpiworka! Szczęście w nieszczęściu zapowiadają ciepłe noce...
 

 
Dwa dni jesteśmy w Lucernie położonej nad jeziorem Czterech Kantonów.

Środa wieczorkiem spacerujemy po mieście.

Cały czwartek spędzamy na wdrapywaniu się na górę Rigi (1800m n.p.m.). Wygodni wjeżdżają tam kolejką i mimo dobrych szlaków nie widzimy niemal nikogo kto by podchodził. Droga na szczyt jest długa - nam podejście o 1200m wyżej wraz z mnóstwem wybiegów dla Poli zajęło pięć godzin - ale przepiękna i do tego obsadzona poziomkami. Pola bardzo dzielnie znosi wędrówkę na plecach, a z góry widoki są wręcz imponujące - z jednej strony płaska Szwajcaria pogrążona w deszczu, z drugiej wysokie ośnieżone szczyty.
 

 
Kolejny przystanek to jezioro Genewskie. Upał doskwierał niesamowity, trochę też popadało. Głównie jeździliśmy rowerkami od zamku do zamku.

Zamek Chillon zwiedzaliśmy prawie biegając za Polą bo mała dostała jakiegoś wścieka i po prostu leciała z sali do sali. Na pewno warto byłoby tam pobyć kilka godzin dłużej, niestety, nie tym razem.

Drugi zamek był w Aigle, pojechaliśmy tam na rowerkach fajną trasą wzdłuż Rodanu. W zasadzie to muzeum wina w zamku, a Aigle jest pięknie położone pośród winnic.
  • awatar Gość: Fantastyczną trasę wybraliście, piękne zdjęcia! :) Pewnie będę miał mln. pytań przed wyjazdem na swój urlop :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Mamy kemping w Saas-Grund na 1640m n.p.m. - w dzień jest cieplutko, ale w nocy robi się okrutnie zimno (a Pola szczęściara ma najlepszy śpiwór). Za to najlepszy hotel nie zapewniłby takich widoków jak mamy tutaj.

Podeszliśmy do Saas-Fee na piechotkę, a stamtąd kolejką na 3000m i dalej alpejskim metrem przez środek góry na 3500m n.p.m. - śnieg, lodowce dookoła, strumyki topniejącego lodu, widoki niesamowite... wooow! Pola była bardzo zachwycona jazdą kolejką do góry - stała przy szybie i robiła wielkie oczy gdy kolejka leciała w dół po przejściu przez słupa. Do tego grupa Japończyków bardzo kibicowała małemu turyście.

Samo Saas-Fee jest przepięknie położone w dolinie wokół lodowców i co niesamowite jest całkowite wyłączone z ruchu samochodowego - przed miasteczkiem jest olbrzymi chyba 6-cio piętrowy parking, a po miasteczku kręcą się od czasu do czasu kwadratowe elektryczne autka transportowo-taksówkowe. Poza tym widać że jest poza sezonem - stawiają tu głównie na narciarzy, ale i letni sezon się nie zaczął, na ulicach i w knajpach pustki, przez co nam podoba się jeszcze bardziej.
 

 
Codzień rano budzi nas helikopter. Niemal regularnie o 8 przylatuje, zawisa i odlatuje. W ten sposób latają po kilka(naście) razy dziennie. Wygląda to na usługę windowania towarów - czasem zwisa lina lub jakiś pakun.

Jednocześnie w górach widzieliśmy dużo domków na zboczach, bez "drogi koniecznej", postawione niejako same sobie. Większość starych, z datami na belkach z najmniej 19 wieku, zrobionych w całości łącznie z dachówkami z kamienia. Nieliczne odrestaurowane, z domieszką betonu, pustaków, czasem większymi szybami. Nadal z jedyną drogą dostępu w postaci stromej górskiej ścieżki na 1-2h podchodzenia dobrym tempem. Jeden z domków widzieliśmy jak remontują - betoniarka i kilka palet cementu na pewno nie dotarły na plecach ludzi, ani nawet za pomocą konika.

Od jednego z tubylców takiego domku wiemy że telefon do helikoptera mają zakodowany bardziej niż 112
 

 
  • awatar mata hari: bardzo fajnie, tak klimatycznie .... a na żywo pewnie jeszcze piękniej :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zatrzymaliśmy się na kempingu przy rzeczce, w Gordevio, niedaleko Locarno. Przez dwa dni zrobiliśmy dwie wycieczki ostro pod górę pomiędzy malutkie, urocze, przyklejone do zboczy i na wpół opuszczone wioseczki. Słonko prażyło przy 30'C, a myśleliśmy że jest tu bardziej umiarkowany klimat

Pola dogaduje się już po niemiecku i włosku i czyta książeczki po francusku.